domingo, 3 de maio de 2015

Lech - Legia 1:2.

Resultado de imagem para bandeira polonia   Resultado de imagem para ekstraklasa POlska


Lech - Legia 1:2. Twitter o meczu: Dwie równe drużyny, ale tylko jedna miała bramkarza






Bramki:Jodłowiec (20. - sam.)Kartki:Trałka, Douglas - żółta; Douglas - czerwona (za drugą żółtą)Skład:Gostomski - Kędziora, Arajuuri, Kamiński, Douglas - Trałka, Linetty (68. Jevtić) - Pawłowski (79. Keita), Hamalainen, Kownacki - Sadajew (72. Formella)
  • 02 Poł1
  • 11 Poł1
Bramki:Jodłowiec (30.), Saganowski (55.)Kartki:Duda, Kucharczyk - żółtaSkład:Kuciak - Broź, Rzeźniczak, Astiz, Brzyski - Vrdoljak, Jodłowiec - Guilherme (37. Żyro (89. Kosecki)), Duda (79. Masłowski), Kucharczyk - Saganowski
Lech Poznań przegrał z Legią Warszawa 1:2 w finale Pucharu Polski. Jakie opinie padały w trakcie meczu na Twitterze? Bezwzględne dla bramkarza Kolejorza Macieja Gostomskiego.


Puchar Polski. Bez bramkarza i z bramkarzem, czyli dlaczego Legia wygrała z Lechem?

Gdyby Lech miał lepszego bramkarza niż Maciej Gostomski, a Legia gorszego niż Duszan Kuciak, to ten finał potoczyłby się zupełnie inaczej. W dużym stopniu to właśnie oni - dobrze broniący Kuciak i słabo broniący Gostomski - zadecydowali o tym, że Legia pokonała Lecha 2:1 i zdobyła Puchar Polski.


Przed spotkaniem mało kto wierzył trenerowi Maciejowi Skorży, który mówił, że czeka nas otwarty mecz. Już po pierwszej połowie wypadało trenerowi Lecha zwrócić honor. Jego zespół grał odważnie, często atakował piątką, szóstką zawodników. Był od Legii szybszy, agresywniejszy i lepiej poukładany taktycznie.

Tak słabego początku spotkania legioniści nie zaliczyli od rewanżowego meczu z Ajaksem (0:3). Od początku meczu z Lechem w tej drużynie nie funkcjonowało praktycznie nic. Najgorszy był środek pola, w którym dziura była wielkości leja po bombie. Problemy miał przede wszystkim Tomasz Jodłowiec. I ganić go trzeba nawet nie tyle za samobójcze trafienie (przy rzucie wolnym Lecha), co właśnie za to, co wyprawiał w środku boiska. To właśnie tam co chwila spóźniał się z kryciem, otwierając Lechowi drogę do bramki.

Wolni, wystraszeni, niespokojni, zagubieni - to obraz piłkarzy Henninga Berga sprzed przerwy. Piłkarzy, którzy w pierwszej połowie wyglądali na kompletnie bezradnych, rozbitych. Najlepiej świadczy o tym fakt, że dopuścili do tego, by poznaniacy oddali 15 strzałów na ich bramkę. Mistrzów Polski od szybkiej klęski właściwie ratował jedynie Kuciak. Dobre interwencje Słowaka - najlepsza w 22. minucie, kiedy w sytuacji sam na sam obronił strzał Zaura Sadajewa - sprawiły, że ten mecz nie skończył się dla Legii jeszcze przed przerwą.

Kuciak był skoncentrowany, bronił dobrze. A nawet bardzo dobrze, jeśli pod uwagę weźmiemy to, co w bramce Lecha wyprawiał Gostomski. Golkiper Lecha od pierwszych minut miał problemy. Jeśli Legia dostawała się pod jego pole karne (dodajmy, że w pierwszej połowie dochodziło do tego sporadycznie), to za każdym razem popełniał błąd. Był nerwowy - kiepsko radził sobie na przedpolu i na linii. To właśnie niepewne interwencje Gostomskiego, zarówno przy pierwszym, jak i przy drugim golu dla Legii w dużym stopniu zaważyły na wyniku tego meczu.

Po drugim golu dla Legii do słabej gry Gostomskiego zaczęli równać też pozostali lechici. A Legia się odrodziła, złapała drugi oddech, zaczęła sobie stwarzać coraz więcej niezłych okazji. Dobrze funkcjonował duet Ondrej Duda - Michał Żyro (zmienił Guilherme w 37. minucie). Jak zwykle dobrą kondycją imponował Michał Kucharczyk, dla którego na lewym skrzydle nie było straconychpiłek. Lepiej było też w środku pola, gdzie w końcu Ivica Vrdoljak z Jodłowcem zaczęli wygrywać walkę z Łukaszem Trałką i Karolem Linettym.

Do końca spotkania mistrzowie Polski byli spokojni. Nie dopuszczali Lecha już tak często pod własne pole karne. Dali w końcu odetchnąć Kuciakowi. Na co sobie w zupełności zasłużył, pracując na miano piłkarza tego meczu przez całą pierwszą połowę.

Witamy w relacji "akcja po akcji" z meczu Lech Poznań - Legia Warszawa
Piłkarze Legii Warszawa i Lecha Poznań, dwie najlepsze drużyny sezonu zasadniczego ekstraklasy, przed decydującą walką o mistrzostwo kraju zmierzą się w meczu o inne ważne trofeum.
Zespoły z Warszawy i Poznania całkowicie zdominowały piłkarski sezon 2014/15 w Polsce. Nie dość, że zajęły dwa pierwsze miejsca w ekstraklasie w rundzie zasadniczej (przed podziałem tabeli na dwie grupy Legia miała 56 punktów, Lech 54), to na dodatek rozstrzygną między sobą sprawę zdobycia Pucharu Polski.
Trudno wskazać faworyta sobotniego meczu na Stadionie Narodowym. W ekstraklasie o jedno miejsce wyżej jest Legia, ale w bezpośredniej rywalizacji lepsi okazali się poznaniacy. W stolicy zremisowali 2:2, a u siebie wygrali 2:1.
W Legii po przerwie spowodowanej kontuzjami do gry wracają Dossa Junior i Ivica Vrdoljak, natomiast w Lechu trwa walka z czasem w przypadku m.in. Gergo Lovrencsicsa. Węgier ma naderwany mięsień. Nie zagrał w ligowym meczu na wyjeździe z Podbeskidziem Bielsko-Biała (2:0) i nie wiadomo, czy zdąży wykurować się do soboty. Pod znakiem zapytania stoi także występ Fina Paulusa Arajuuriego.
Po meczu z Podbeskidziem piłkarze Lecha nie wrócili do Poznania. Z Bielska-Białej udali się na Górny Śląsk. W czwartkowe popołudnie mieli odlecieć z Katowic do Warszawy. Jak poinformowano na stronie Lecha, na Mazowszu Kolejorz zakwateruje się w jednej z podwarszawskich miejscowości, 20 kilometrów od Stadionu Narodowego. Na arenie finału zespół pojawi się w piątek po południu i przeprowadzi trening. Godzinę wcześniej zajęcia na Stadionie Narodowym odbędą legioniści.


Finał Pucharu Polski. Lech Poznań kontra Legia Warszawa, czyli historia nieznana


Przy okazji tegorocznego finału Pucharu Polski przypomina się wszystkie szczegóły rywalizacji Lecha Poznań z Legią Warszawa. Czy na pewno wszystkie? Kto więc i dlaczego wołał po takim meczu: "La commedia e finita!"? I dlaczego kibice Lecha nie pozwoli swemu pupilowi Mirosławowi Okońskiemu pójść pomodlić się na Jasną Górę?
Kibice obu klubów nie znoszą się od lat, chociaż Kazik Staszewski w niedawnej rozmowie z telewizją LechTV wspominał początek lat 70., gdy fani Lecha i Legii żyli ze sobą w zgodzie. Gdy ktoś wspomni potworne zadymy wszczynane przez chuliganów obu ekip od lat 80. aż po finał w 2011 roku, trudno mu będzie w to uwierzyć. Czy zatem lider zespołu Kult coś sobie ubzdurał?

Żeby to wyjaśnić, musimy się przenieść do roku 1973. Do gierkowskiej Warszawy, w której nie było jeszcze Dworca Centralnego, ale po ulicach kraśniejącego miasta przechadzało się coraz więcej osób w spodniach o szerokich nogawkach, kwiecistych sukienkach i okazałych bokobrodach przy uszach. Legia Warszawa była wtedy czołowym zespołem w Polsce, z wieloma reprezentantami w kadrze narodowej Kazimierza Górskiego, raptem trzy lata wcześniej doszła wtedy do półfinału Pucharu Europy, tak jak dzisiaj robią to Bayern Monachium czy Real Madryt. Lech Poznań natomiast był beniaminkiem ekstraklasy; w czasie gdy Legia walczyła o finał Pucharu Polski, on bił się w trzeciej lidze z zespołami takimi jak Darzbór Szczecinek czy Przemysław Poznań. Kiedy zatem zdołał awansować do ekstraklasy i przyszło mu zagrać z Legią, zapanowało szaleństwo. 
Na spotkanie z Legią w Warszawie, które miało się odbyć 11 marca 1973 roku, PKP podstawiły w Poznaniu pociąg specjalny, ale nie wszyscy chętni się do niego zmieścili. Do Warszawy ruszyło więc wszystko, co jeździło - duże fiaty, syreny, warszawy, żuki. W stolicy zjawiło się prawie 15 tysięcy fanów Lecha, którzy z dworca Warszawa Główna (jeszcze wtedy) przemaszerowali na stadion przez miasto, kupili bilety w kasie i usiedli, gdzie popadło.

Skóra ścierpła? Zadyma wisiała w powietrzu? Otóż nie!

Uczestnicy tamtej eskapady wspominają, ze przemarsz kilkunastu tysięcy kibiców Lecha przez Warszawę traktowany był przez jej mieszkańców raczej jako ciekawostka urozmaicająca życie miasta. "Kolejorz!" - krzyczeli poznaniacy, "Legia Warszawa!" - odkrzykiwali z okien warszawiacy. Mało tego, kibice Lecha wsiedli nawet do miejskiego autobusu, w którym spotkali się z jadącymi również na stadion fanami Legii. Jelcz dudnił, ale jedynie od pojedynku na okrzyki "Kolejorz!" z jednej i "Legia!" z drugiej strony. Podobnie było w barze Praha (przy Alejach Jerozolimskich), gdzie kibice obu ekip pili piwo.

Po siedmiu latach wszystko się zmieniło, i to na gorsze. 9 maja 1980 roku obie ekipy spotkały się w finale Pucharu Polski. W tamtych czasach obowiązywał trend, by takie mecze - w ramach promocji piłki nożnej - rozgrywać w miastach leżących na peryferiach polskiej piłki. Do Częstochowy zjechały tysiące kibiców Lecha (przy wsparciu przyjaciół z Odry Opole i Polonii Bytom) oraz Legii (wsparte siłami Zagłębia Sosnowiec). Nigdy wcześniej i nigdy później nie doszło do tak wielkiej bitwy ulicznej, która trwała wiele godzin. Częstochowa została zdemolowana, były ofiary śmiertelne.

Mirosław Okoński to największa gwiazda w dziejach poznańskiego Lecha. Nigdy żaden gracz "Kolejorza" (nawet Robert Lewandowski) nie osiągnął tu takiej popularności. Okoński był znany z niespotykanego w Polsce wyszkolenia technicznego. "Paganini futbolu" - mówili o nim wszyscy królowie dżinsów z Rynku Łazarskiego, od których pieniędzy zależało przetrwanie klubu i transfery. A oni łożyli chętnie, bo mieli tu swojego króla, Paganiniego i bohatera - Mirka Okońskiego.

Jak to zatem możliwe, że przed finałem Pucharu Polski kibice Lecha chcieli go zlinczować, a pod wpływem gróźb i rzucanych w swoją stronę butelek piłkarz wycofał się do hotelu i nie poszedł na modlitwę przedmeczową na Jasną Górę? Ano możliwe, bo Mirosław Okoński grał wtedy w Legii. Po Poznaniu krążą legendy na temat tego, że go zmuszono do odrabiania wojska w armijnym klubie, jakim była Legia. Co tam zmuszono! Porwano wręcz, bo piłkarz opuścił Poznań w środku nocy. Prawda jest taka, że nikt go nie porwał ani nie zmusił, lechita wyjechał do Legii dobrowolnie. Tam miał lepsze warunki i mógł uregulować swój "stosunek do służby wojskowej". Sam tego chciał, by móc wyjechać za granicę.

Kiedy piłkarze Legii wychodzili z hotelu w Częstochowie, by pojechać autobusem na Jasną Górę, zauważyli ich szalikowcy Lecha. - Tam jest "Okoń"! - krzyknęli i ruszyli do natarcia. Mirosław Okoński wspominał, że nigdy nie słyszał pod swoim adresem takich bluzgów. Trudno w to uwierzyć, ale największy idol piłkarski Poznania, uznawany do dzisiaj za gracza numer jeden w jego dziejach, był też swego czasu zawodnikiem najbardziej lżonym.

Lech zastosował wówczas przed finałem szczególną technikę dywersji. Prywaciarze z Poznania spotkali się z Mirosławem Okońskim w kawiarni, żeby go... nastraszyć.

- Mirek, Lech się na ciebie szykuje - szeptał mu Ryszard Bartkowiak, król wędlin z poznańskich bazarów. - Zobaczysz, szkiety ci połamią! - dodawał. Szkiety to po poznańsku nogi, a o nie Okoński bał się najbardziej.

I wystraszony zawodnik zagrał kiepsko. Legia jednak i tak wygrała z Lechem 5:0. Dwa lata później Mirosław Okoński zdecydował się na powrót do Poznania, gdzie witały do tłumy fanów, skandujących już jego nazwisko. Bez bluzgów.

Finał z 1980 roku w Częstochowie nie był jednak bynajmniej pierwszym starciem Lecha Poznań i Legii Warszawa w Pucharze Polski. 31 października 1964 roku oba zespoły zmierzyły się w tych rozgrywkach na bardzo wstępnym etapie, gdyż "Kolejorz" grał wówczas w trzeciej lidze. Legia przyjechała na mecz do Poznania, by po pożreć żywcem, zdemolować. Jej przewaga nad poznaniakami była ogromna. Jeszcze kilka lat wcześniej warszawski zespół przyjechał tu i wygrał 6:0 (a mogło być znacznie wyżej). Zdruzgotani kibice "Kolejorza" skandowali nawet "Zawodowcy! Zawodowcy!", co było wówczas obelgą. Oznaczało bowiem, że Legia łamie zasady amatorskiego sportu, jest po prostu nieuczciwa.

W 1964 roku miało być podobnie, a nawet wyżej. Tymczasem Lech postawił Legii bardzo twarde warunki. Prowadził do przerwy, w końcu zremisował i doszło do dogrywki. Dopiero w niej poznaniacy opadli z sił. Legia strzeliła trzeciego i wreszcie czwartego gola na 4:2. Dopiero wtedy piłkarz warszawskiego zespołu Jacek Gmoch, późniejszy trener polskiej reprezentacji na mundialu w Argentynie w 1978 roku, a dzisiaj znany komentator telewizyjny ze swoim nieodzownym pisakiem, którym rozrysowuje akcje, odetchnął z ulgą i powiedział... Nie, nie rzucał przekleństw ani innych prostackich zdań. Powiedział: " La Commedia e finita !", cytując operę "Pajace" Ruggiero Leoncavallego.

Lech i Legia zagrały w Pucharze Polski w 1988 roku. Wtedy wygrali poznaniacy, którym za ten sukces Mirosław Okoński - grający już wtedy w Bundeslidze - wynajął na balety cały hotel Polonez w Poznaniu. W 2004 roku oba zespoły spotkały się raz jeszcze, tym razem w finale rozgrywane były dwa mecze. Przed pierwszym władze Poznania zabroniły wstępu na stadion zorganizowanej grupie kibiców Legii. Reakcją poznaniaków był... gniew. "Chcemy Legii! Wpuścić Legię!" -skandowali pod Urzędem Miejskim, ale magistrat obawiał się zadym. Kiedy zgody nie było, kibice Lecha i Legii dogadali się, by wpuścić warszawskich fanów incognito. Weszli oni na stadion w Poznaniu witani brawami. "Lech, Lech, szacunek!" - skandowali, a fani Lecha wywiesili transparent o treści "Legio, ze wszystkich naszych wrogów, ciebie szanujemy najbardziej". Nie padło ani jedno obraźliwe hasło, ani jedno przekleństwo jednych na drugich.

Czy to nie byłoby wspaniałe zakończenie historii, o której mówił Kazik Staszewski? Powrót do czasów, gdy Lech i Legia rywalizowały ze sobą, ale ich fani nie nienawidzili się? Wspaniale byłoby postawić tu kropkę i zakończyć. Niestety, nic z tego. Już w tym 2004 roku, podczas rewanżu między Legią i Lechem w Warszawie, gdy "Kolejorz" odbierał medale za zdobycie trofeum, chuligani z Warszawy wdarli się na trybunę honorową, by je zedrzeć i pobić gości. Podczas kolejnego finału, w 2011 roku w Bydgoszczy doszło do takiej zadymy, że wojewodowie pozamykali stadiony w obu miastach.

La Commedia e finita w ten właśnie sposób. 

Nenhum comentário:

Postar um comentário