Kibice obu klubów nie znoszą się od lat, chociaż Kazik Staszewski w niedawnej rozmowie z telewizją LechTV wspominał początek lat 70., gdy fani Lecha i Legii żyli ze sobą w zgodzie. Gdy ktoś wspomni potworne zadymy wszczynane przez chuliganów obu ekip od lat 80. aż po finał w 2011 roku, trudno mu będzie w to uwierzyć. Czy zatem lider zespołu Kult coś sobie ubzdurał?
Żeby to wyjaśnić, musimy się przenieść do roku 1973. Do gierkowskiej Warszawy, w której nie było jeszcze Dworca Centralnego, ale po ulicach kraśniejącego miasta przechadzało się coraz więcej osób w spodniach o szerokich nogawkach, kwiecistych sukienkach i okazałych bokobrodach przy uszach. Legia Warszawa była wtedy czołowym zespołem w Polsce, z wieloma reprezentantami w kadrze narodowej Kazimierza Górskiego, raptem trzy lata wcześniej doszła wtedy do półfinału Pucharu Europy, tak jak dzisiaj robią to Bayern Monachium czy Real Madryt. Lech Poznań natomiast był beniaminkiem ekstraklasy; w czasie gdy Legia walczyła o finał Pucharu Polski, on bił się w trzeciej lidze z zespołami takimi jak Darzbór Szczecinek czy Przemysław Poznań. Kiedy zatem zdołał awansować do ekstraklasy i przyszło mu zagrać z Legią, zapanowało szaleństwo.
Na spotkanie z Legią w Warszawie, które miało się odbyć 11 marca 1973 roku, PKP podstawiły w Poznaniu pociąg specjalny, ale nie wszyscy chętni się do niego zmieścili. Do Warszawy ruszyło więc wszystko, co jeździło - duże fiaty, syreny, warszawy, żuki. W stolicy zjawiło się prawie 15 tysięcy fanów Lecha, którzy z dworca Warszawa Główna (jeszcze wtedy) przemaszerowali na stadion przez miasto, kupili bilety w kasie i usiedli, gdzie popadło.
Skóra ścierpła? Zadyma wisiała w powietrzu? Otóż nie!
Uczestnicy tamtej eskapady wspominają, ze przemarsz kilkunastu tysięcy kibiców Lecha przez Warszawę traktowany był przez jej mieszkańców raczej jako ciekawostka urozmaicająca życie miasta. "Kolejorz!" - krzyczeli poznaniacy, "Legia Warszawa!" - odkrzykiwali z okien warszawiacy. Mało tego, kibice Lecha wsiedli nawet do miejskiego autobusu, w którym spotkali się z jadącymi również na stadion fanami Legii. Jelcz dudnił, ale jedynie od pojedynku na okrzyki "Kolejorz!" z jednej i "Legia!" z drugiej strony. Podobnie było w barze Praha (przy Alejach Jerozolimskich), gdzie kibice obu ekip pili
piwo.
Po siedmiu latach wszystko się zmieniło, i to na gorsze. 9 maja 1980 roku obie ekipy spotkały się w finale Pucharu Polski. W tamtych czasach obowiązywał trend, by takie mecze - w ramach promocji
piłki nożnej - rozgrywać w miastach leżących na peryferiach polskiej
piłki. Do Częstochowy zjechały tysiące kibiców Lecha (przy wsparciu przyjaciół z Odry Opole i Polonii Bytom) oraz Legii (wsparte siłami Zagłębia Sosnowiec). Nigdy wcześniej i nigdy później nie doszło do tak wielkiej bitwy ulicznej, która trwała wiele godzin. Częstochowa została zdemolowana, były ofiary śmiertelne.
Mirosław Okoński to największa gwiazda w dziejach poznańskiego Lecha. Nigdy żaden gracz "Kolejorza" (nawet Robert Lewandowski) nie osiągnął tu takiej popularności. Okoński był znany z niespotykanego w Polsce wyszkolenia technicznego. "Paganini futbolu" - mówili o nim wszyscy królowie dżinsów z Rynku Łazarskiego, od których pieniędzy zależało przetrwanie klubu i transfery. A oni łożyli chętnie, bo mieli tu swojego króla, Paganiniego i bohatera - Mirka Okońskiego.
Jak to zatem możliwe, że przed finałem Pucharu Polski kibice Lecha chcieli go zlinczować, a pod wpływem gróźb i rzucanych w swoją stronę butelek piłkarz wycofał się do hotelu i nie poszedł na modlitwę przedmeczową na Jasną Górę? Ano możliwe, bo Mirosław Okoński grał wtedy w Legii. Po Poznaniu krążą legendy na temat tego, że go zmuszono do odrabiania wojska w armijnym klubie, jakim była Legia. Co tam zmuszono! Porwano wręcz, bo piłkarz opuścił Poznań w środku nocy. Prawda jest taka, że nikt go nie porwał ani nie zmusił, lechita wyjechał do Legii dobrowolnie. Tam miał lepsze warunki i mógł uregulować swój "stosunek do służby wojskowej". Sam tego chciał, by móc wyjechać za granicę.
Kiedy piłkarze Legii wychodzili z hotelu w Częstochowie, by pojechać autobusem na Jasną Górę, zauważyli ich szalikowcy Lecha. - Tam jest "Okoń"! - krzyknęli i ruszyli do natarcia. Mirosław Okoński wspominał, że nigdy nie słyszał pod swoim adresem takich bluzgów. Trudno w to uwierzyć, ale największy idol piłkarski Poznania, uznawany do dzisiaj za gracza numer jeden w jego dziejach, był też swego czasu zawodnikiem najbardziej lżonym.
Lech zastosował wówczas przed finałem szczególną technikę dywersji. Prywaciarze z Poznania spotkali się z Mirosławem Okońskim w kawiarni, żeby go... nastraszyć.
- Mirek, Lech się na ciebie szykuje - szeptał mu Ryszard Bartkowiak, król wędlin z poznańskich bazarów. - Zobaczysz, szkiety ci połamią! - dodawał. Szkiety to po poznańsku nogi, a o nie Okoński bał się najbardziej.
I wystraszony zawodnik zagrał kiepsko. Legia jednak i tak wygrała z Lechem 5:0. Dwa lata później Mirosław Okoński zdecydował się na powrót do Poznania, gdzie witały do tłumy fanów, skandujących już jego nazwisko. Bez bluzgów.
Finał z 1980 roku w Częstochowie nie był jednak bynajmniej pierwszym starciem Lecha Poznań i Legii Warszawa w Pucharze Polski. 31 października 1964 roku oba zespoły zmierzyły się w tych rozgrywkach na bardzo wstępnym etapie, gdyż "Kolejorz" grał wówczas w trzeciej lidze. Legia przyjechała na mecz do Poznania, by po pożreć żywcem, zdemolować. Jej przewaga nad poznaniakami była ogromna. Jeszcze kilka lat wcześniej warszawski zespół przyjechał tu i wygrał 6:0 (a mogło być znacznie wyżej). Zdruzgotani kibice "Kolejorza" skandowali nawet "Zawodowcy! Zawodowcy!", co było wówczas obelgą. Oznaczało bowiem, że Legia łamie zasady amatorskiego sportu, jest po prostu nieuczciwa.
W 1964 roku miało być podobnie, a nawet wyżej. Tymczasem Lech postawił Legii bardzo twarde warunki. Prowadził do przerwy, w końcu zremisował i doszło do dogrywki. Dopiero w niej poznaniacy opadli z sił. Legia strzeliła trzeciego i wreszcie czwartego gola na 4:2. Dopiero wtedy piłkarz warszawskiego zespołu Jacek Gmoch, późniejszy trener polskiej reprezentacji na mundialu w Argentynie w 1978 roku, a dzisiaj znany komentator telewizyjny ze swoim nieodzownym pisakiem, którym rozrysowuje akcje, odetchnął z ulgą i powiedział... Nie, nie rzucał przekleństw ani innych prostackich zdań. Powiedział: " La Commedia e finita !", cytując operę "Pajace" Ruggiero Leoncavallego.
Lech i Legia zagrały w Pucharze Polski w 1988 roku. Wtedy wygrali poznaniacy, którym za ten sukces Mirosław Okoński - grający już wtedy w Bundeslidze - wynajął na balety cały hotel Polonez w Poznaniu. W 2004 roku oba zespoły spotkały się raz jeszcze, tym razem w finale rozgrywane były dwa mecze. Przed pierwszym władze Poznania zabroniły wstępu na stadion zorganizowanej grupie kibiców Legii. Reakcją poznaniaków był... gniew. "Chcemy Legii! Wpuścić Legię!" -skandowali pod Urzędem Miejskim, ale magistrat obawiał się zadym. Kiedy zgody nie było, kibice Lecha i Legii dogadali się, by wpuścić warszawskich fanów incognito. Weszli oni na stadion w Poznaniu witani brawami. "Lech, Lech, szacunek!" - skandowali, a fani Lecha wywiesili transparent o treści "Legio, ze wszystkich naszych wrogów, ciebie szanujemy najbardziej". Nie padło ani jedno obraźliwe hasło, ani jedno przekleństwo jednych na drugich.
Czy to nie byłoby wspaniałe zakończenie historii, o której mówił Kazik Staszewski? Powrót do czasów, gdy Lech i Legia rywalizowały ze sobą, ale ich fani nie nienawidzili się? Wspaniale byłoby postawić tu kropkę i zakończyć. Niestety, nic z tego. Już w tym 2004 roku, podczas rewanżu między Legią i Lechem w Warszawie, gdy "Kolejorz" odbierał medale za zdobycie trofeum, chuligani z Warszawy wdarli się na trybunę honorową, by je zedrzeć i pobić gości. Podczas kolejnego finału, w 2011 roku w Bydgoszczy doszło do takiej zadymy, że wojewodowie pozamykali stadiony w obu miastach.
La Commedia e finita w ten właśnie sposób.
Nenhum comentário:
Postar um comentário